Resztki słuchu

W Instytucie Fizjologii i Patologii Słuchu w Warszawie dobrze pamiętają datę 12 lipca 2002 roku. Odbyła się tam wtedy pierwsza w Polsce i pierwsza opisana w literaturze światowej operacja wszczepienia implantu ślimakowego u pacjentki z częściową głuchotą. Przeprowadzono wówczas transmisję przez Internet do wielu ośrodków klinicznych w Europie i Stanach Zjednoczonych, aby wszyscy zainteresowani mogli na bieżąco śledzić nową technikę operacyjną, która umożliwiła osobie z zachowanym częściowo słuchem powrót do pełnego świata dźwięków. Wykonujący zabieg dyrektor instytutu, znakomity otochirurg profesor Henryk Skarżyński, zdawał sobie sprawę z najważniejszych warunków, jakie musi spełnić, by operacja dała spodziewany rezultat: oby tylko nie zniszczyć zachowanych i sprawnie funkcjonujących elementów zmysłowych ucha wewnętrznego, oby podczas wprowadzania wiązki elektrod nie zahaczyć o wewnętrzną krzywiznę ślimaka, oby nie wywołać niepotrzebnego krwawienia.

Tylko w ten sposób mógł obalić dotychczasową teorię, zgodnie z którą wszczepienie implantu ludziom z częściową głuchotą, zamiast wzmacniać słuch, ostatecznie całkowicie go ich pozbawia. Długo przed operacją ćwiczył na preparatach kości skroniowej, jak jednym ruchem wprowadzić do ślimaka elektrody, aby nie uszkodziły żadnych elementów w uchu wewnętrznym. Kilkaset razy otwierał tę część ucha przy okazji innych operacji. Ale poprzedni pacjenci, którym zakładał implanty (po raz pierwszy takie urządzenie w Polsce Skarżyński wszczepił w 1992 roku), byli całkowicie głusi, więc niewiele mieli do stracenia. Tym razem stawka była o wiele wyższa. PIERWSZE NACIĘCIE za małżowiną uszną. Tu jest początek drogi, która prowadzi do wnętrza narządu słuchu. Trzeba odsunąć płat skóry i mięśni, następnie otworzyć w jamie wyrostka kości skroniowej ucho środkowe i ominąć przebiegający w tej okolicy nerw twarzowy.

To, co mieści się w uchu środkowymkilkumilimetrowe kosteczki słuchowewzbudza zachwyt laików oczarowanych kształtem idealnie dopasowanych do siebie najdrobniejszych elementów naszej anatomii: młoteczka, kowadełka i strzemiączka. Ale na chirurgu, który pole operacyjne wielkości 5 mm obserwuje w kilkudziesięciokrotnym powiększeniu, nie robi to już takiego wrażenia. Dla wszczepiającego pacjentowi z częściową głuchotą implant ślimakowy najważniejsze jest co innego okienko okrągłe pokryte cienką błoną. Tu znajduje się wejście do ucha wewnętrznegogranica, za którą położony jest ślimak. Do jego wnętrza musi trafić wiązka elektrod implantu [ilustracja na stronie 29]. U osób z całkowitą głuchotą dotarcie do ślimaka nie wymaga ani tak pewnej ręki, ani tak ekwilibrystycznych umiejętności. Można iść na skróty, wykonując dodatkowy otwór w ścianie ucha wewnętrznego.

Jednak gdy pacjent ma zachowane resztki słuchu, a więc sprawną choć część z 20 tys. komórek czuciowych zatopionych w wypełniającej ślimak limfie, nie wolno dopuścić, by w polu operacyjnym pojawiły się nawet drobne opiłki kości, krew albo doszło do nagłego ubytku płynu w uchu wewnętrznym. Dlatego prof. Skarżyński dojście do okienka okrągłego wybrał od tyłu (co próbują dziś naśladować inni otolaryngolodzy, starający się leczyć częściową głuchotę implantami), by można było uniknąć dodatkowego urazu i uwidocznić całą powierzchnię okienka. Teraz wystarczyło nakłuć błonę i delikatnie, jednym ruchem wprowadzić przez milimetrowy otwór pod odpowiednim kątem elektrody, by ryzyko otarcia o wnętrze ślimaka było jak najmniejsze. Włożenie jej z innej strony lub dodatkowe manipulacje „przeorałyby” ten drobny fragment ucha, a zwłaszcza błonę podstawną ślimaka z zachowanymi komórkami zmysłowymi. Stracilibyśmy je bezpowrotnie.

You may also like